koobe

Kochamy czytać. W każdej postaci. I chcemy nauczyć się czytać jeszcze więcej. Nie znamy rozróżnienia na literaturę wysoką i niską. Ważne jest to, co książka może dać czytelnikowi. Literatura jest po to, żeby coś można było zmieniać. Żeby czytelnik po lekturze był kimś choć trochę innym niż przed: pewne rzeczy są dla niego mniej oczywiste, mniej jednoznaczne, inne zaś zyskują na klarowności. Jeśli książka nic we mnie nie zmieniła, to dla mnie jest bezużyteczna. Dlatego dobry poradnik może być dla mnie lepszy niż arcydzieło wychwalane przez krytyków. Lubimy ebooki . Uczymy się, że cały ten fetysz posiadania i gromadzenie zakurzonych tomiszczy to nie o to, o co nam chodzi. My chcemy czytać: zmieniać się, rozwijać, spotykać z nowymi światami, innymi punktami widzenia, zmieniać się, uczyć. Reszta jest drugorzędna. Kochamy ebooki za to, że mogą nam dać trochę przestrzeni w mieszkaniu. Oraz wygody w podróży. No i doskonale pasują do małej torebki czy dużej kieszeni. Kręgosłup jest wdzięczny! Audiobooki zaś towarzyszą naszym treningom. Przyjemne z przyjemnym! Wiemy jednak, że w natłoku obowiązków mało jest czasu na to, by zatopić się w lekturze w fotelu, owinąć kocem i przygotować czekoladę. Chcemy jednak szukać nowych metod na czytanie więcej: z jednej strony będziemy zastanawiać się nad tym, gdzie jeszcze można „upchnąć” chwilę lektury (na przystanku, w łazience, podczas prasowania), ale i jak wygospodarować sobie więcej czasu na porządne czytanie, skupienie tylko na lekturze).

Koleś i mistrz zen, czyli czemu za bardzo się spinamy, a za mało śmiejemy

Nie masz za dużo oczekiwań? Względem świata, względem siebie samego?

 

Biegniemy.  Działamy według logiki pragnienia: cały czas chcemy czegoś więcej. Wierzymy, że szczęście ma formułę zdania warunkowego: jeśli schudnę, będę szczęśliwsza, jeśli zmienię pracę, będę bardziej spełniona, jeśli znajdę faceta, będę się czuć lepiej ze sobą… i tak bez końca. A kiedy już osiągamy pożądany efekt, okazuje się, że to za mało, że to jeszcze nie to.

 

 

Obwód w pasie spadł, ale w międzyczasie zdążyłaś już zapragnąć umięśnionego brzucha, nowa praca okazuje się nie różnić tak bardzo od poprzedniej. Nowy facet jakoś się nie pojawia na horyzoncie: wszyscy są do odstrzału na pierwszej randce. Bo za mało zarabia, źle dobrał skarpety, nie śmieszy go Twój ulubiony żarcik, chyba nie traktuje Cię poważnie, pewnie jest nawiedzony i za szybko chce ślubu.Czujesz miękki brzuch. Ależ nie, pardon, masz brzuch wzdęty od tych surowych warzyw, które stanowią od teraz podstawę twojej diety.

 

 

Przeglądasz kolejne blogi o motywacji, czytasz kolejną książkę o samorozwoju. Wszystko jasne! Wszystko robiłam dotąd źle! Muszę znaleźć swoja niszę, założyć własny biznes, poznać swoją pasję, koniec  z niekonstruktywną orką na etacie! Trzepiesz brzuszki na dywanie i myślisz o niszy na rynku. Wyślasz niszę. Widzisz zarys mięśni. Okazuje się, że jesteś mało elastyczna. Myślisz o pilatesie.  Rejestrujesz firmę. Zaczynasz proces rejestracji. Frustrujesz się. Pracujesz po nocach. Instalujesz kolejny miliard aplikacji na smartfonie, które motywują Cię do rzeczy. Niestety, nie ma aplikacji od zarządzania strachem. A może po prostu nie umiesz jej znaleźć. Nie możesz założyć nogi za głowę. Boże, życie będzie lepsze, kiedy założysz nogę za głowę.

 

I tak bez końca. Nie, życie nie będzie lepsze ani wtedy, gdy założysz firmę, ani wtedy, gdy zaplączesz się w swoich kończynach. Nie byłoby lepsze nawet wtedy, gdyby pojawiłby się ów książę z bajki. Problem nie tkwi w tym, że czegoś nie masz. Problem tkwi w logice pragnienia.

 

Czujemy się nieustannie wybrakowani. Taki urok naszej kultury, taki urok późnego kapitalizmu. Ciągle słyszymy komunikat: “Jeszcze trochę, jeszcze jedno wyrzeczenie, jeszcze jeden kupiony produkt, jeszcze jedno wyrzeczenie, jeszcze jedna inwestycja, i już będziesz szczęśliwy”.

No więc zasadniczo to nie.

 

 

Zen uczy, ze trzeba spojrzeć na to, co jest. To jest właśnie szczęście. Ta fałdka na brzuchu, to miejsce, w którym jesteś teraz, ludzie dookoła Ciebie. To wszystko jest niedoskonałe i nigdy, przenigdy idealne nie będzie. Ale jest dobre.

 

 

To pierwsza lekcja zen, jaka płynie z Big Lebowskiego: Kolesiowi jest dobrze tu, gdzie jest. Nie potrzebuje kolejnych osiągnięć, nie potrzebuje niczego sobie udowadniać. Może być wyluzowany: otwarty na to, co się po prostu dzieje.

 

Koleś i mistrz zen to długa rozmowa między Jeffem Bridgesem (legendarnym Kolesiem z Big Lebowskiego)  a jego przyjacielem, mistrzem zen Berniem Glassmanem. Glassman twierdzi, że cały “Big Lebowski” to ciąg buddyjskich przypowieści o prawdziwym szczęściu. I faktycznie, jest to interpretacja intrygująca.

 

Przyjaciele rozmawiają o życiu i o filmach, o miłości, podejmowaniu decyzji, odpuszczaniu… Dyskusja ma nie tylko nieformalny ton, ale i coś, czego brakuje więszkości tekstów na temat zen: śmiechu.

 

 

Jeff i Bernie robią sobie jaja, bo wiedzą, że życie jest zbyt poważne, żeby je traktować na serio. Glassman opowiada m.in. piękną anegdotę o tym, że zawsze, kiedy czuje, że zrobił się za bardzo spięty, ubiera nos klauna. Tak, pokazuje się w nim swoim rozmówcom. To pozwala mu kontrolować arogancję, skonczyć z wyniosłością, otworzyć się na innych i nabrać dystansu do siebie. Rzadko mamy taki dystans. Zazwyczaj wydaje się nam, że większość pilnych spraw w naszym życiu to sprawy życia i śmierci. Jak nie odpiszę na tego maila natychmiast, to będzie źle. Jeśli źle wypadnę, to koniec mojej kariery. Jeśli zostanę skrytykowany, to znaczy, że kompletnie nie mam racji. A tak nie jest. Mylimy się i bywamy komiczni. Nos klauna pozwala o tym pamiętać. Nie warto się srożyć i spinać o rzeczy, które nie są tego warte.

 

 

Jeśli kochasz Kolesia Lebowskiego, to przeczytaj koniecznie. Jeśli dziwnym trafem nie kochasz Kolesia, obejrzyj film jeszcze raz :)